Wesprzyj fundację
0
0

Cały wysiłek to wziąć ... cz.2

Cały wysiłek to wziąć ... cz.2

Cały wysiłek to wziąć ... cz.2

Choć swoją małżeńską drogę rozpoczęli 29 lat temu, dziś oboje wyglądają tak, jakby wczoraj stawali na ślubnym kobiercu. Droga, jaką przebyli nie była usłana różami - od ciągów zdarzeń, które się na niej pojawiały, przeciętnemu człowiekowi przybyło by lat i siwych włosów. Rozstanie trwające aż 6 lat, depresja, długi, inne związki, czy orzeczona przez sąd separacja - to tylko niektóre kawałki przysłowiowego "rozbitego dzbana", który udało się na powrót posklejać. I uzyskać efekt - dosłownie - o Niebo lepszy niż na początku małżeństwa. O tym, kto pojawił się w ich wspólnej historii, w jaki sposób "namieszał" i czy przypadkiem nie spadł im z Nieba, opowiadają Magłosia i Grzegorz - bohaterowie kryzysu małżeńskiego zakończonego happy endem w 2-giej części swojej opowieści.

12 kroków...

Małgosia: moja droga przebiegała dwutorowo: była Wspólnota Trudnych Małżeństw Sychar oraz moja własna terapia, ale największy udział miał tu Pan Bóg. Pokazał mi moje grzechy, nie po to, by mnie oskarżyć, ale po to, by mnie z nich podnieść. Nauczyłam się wytyczać granice, żyć z odwagą, radością i wdzięcznością. Zrozumiałam, że nie jestem moimi myślami, emocjami i moim ciałem, że jestem „czymś więcej”, skoro mogę siebie obserwować niejako z zewnątrz. Że jestem ukochanym Bożym dzieckiem, istotą duchową. Sychar zaprowadził mnie do Pana Boga, a po ludzku dostałam tam wsparcie, zostałam przyjęta i wysłuchana. Na spotkaniach miałam możliwość prostować swoje myślenie na temat Sakramentu Małżeństwa, relacji z Panem Bogiem i mężem. Dostałam pomoc podczas sprawy rozwodowej. Dzięki Sycharowi trafiłam do pani psycholog. Rozpoczęłam 12 kroków, ale nie uniosłam tego, po każdym spotkaniu czułam się fatalnie. Koleżanki zaproponowały mi poradnię chrześcijańską w Kielcach.

Grzegorz: skończyłem 12 kroków oraz terapię świecką. Każdy rok, a "leci" już piąty, jest inny. Pierwsze 2 lata po powrocie toczyła się we mnie wewnętrzna walka. Nie spałem po nocach, doświadczałem ataków złego. To była walka, by trwać pomimo wszystko, tak jak potrafię. Otworzyłem się na Boga. Powiedziałem Mu: nie znam Cię, nie wiem, kim jesteś, nie chcę cierpieć i się biczować. Ale skoro jesteś, a wiem, że tak jest, to ja Ci mowię "TAK". Prowadź, idę za Tobą. Pierwsze słowa, jakie dostałem od Boga to "cierpliwość" i "pokora". Specjalnie dla mnie. Potem przyszło czytanie Słowa Bożego. Następnie powiedział, że wymaga, bym był stały. "Wymagam" przeszyło mnie na wskroś. Oddałem serce Bogu i On robi wszystko. Chodzę w Jego cieniu. On jest moją Siłą, Ucieczką i Twierdzą. Kogoś stawiał na drodze, coś dawał, podsuwał książki. Małgosia jest z tych, co szukaja, była już 2-3 kroki przede mną. Wiele czerpię od niej. Pan Bóg wie, by nie łapać tego wszystkiego porywami serca. Tylko dać sobie czas. Moje dawne życie to były "motyle w brzuchu". Teraz uczę się widzieć życie przez umysł i serce. Krok po kroku. Cała ta droga jest nieprawdopodobnym darem.

Bez Boga nie przeskoczysz...

Małgosia: w momencie, gdy Grzegorz wracał, miał 170 tys. długu. Nie było go stać na wynajęcie mieszkania, więc mieszkał u Teściowej, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Niewiele mu zostawało na życie. Mąż był właścicielem kredytu, a jego była partnerka - domu. Grześ miał w sobie morze złości na tę sytuację, odgrażał się, że pójdzie do adwokata, nie mógł spać. Mówiłam: módlmy się, zaufajmy Bogu, jak już tyle dla nas zrobił... Zaufajmy Mu do końca. Po 1,5 roku przyszło z banku pismo z informacją, że kredyt został spłacony.

Byłam już 3 lata w Sycharze, zaczytana w Piśmie Świętym, miałam na koncie liczne rekolekcje. Problemy z synem zaczęły mnie przerastać. Któregoś dnia kleknęłam przed Najświetszym Sakramentem. Powiedziałam wtedy Bogu: "Mam dość, nie wyjdę stąd jeśli czegoś nie zrobisz. Gdybym w Ciebie nie wierzyła, to bym odebrała sobie życie. Oddaję Ci wszystko i rób, co chcesz. Ja nie mam siły." I wtedy zalała mnie przeolbrzmia Miłość. Wyszłam z tego kościoła innym człowiekiem.

Prowadzę dziennik duchowy. Długi czas nie potrafiłam czuć wdzięczności. Bóg dawał mi bardzo wiele, ale tego nie doceniałam. Na pierwszych wakacjach z Sycharem, ku mojemu zdziwieniu, doświadczyłam, że „mam wszystko”, na kolejnych przyszły słowa, że „mam wszystko, bo mam miłość Boga”, a jeszcze na następnych „nie mam nic, a jednocześnie mam wszystko”, bo to co mam, do Niego należy. To wielka wolność nic nie posiadać, a wszystko mieć.
Grzegorz: ostatnio przeczytałem kilka zdań, które mnie poruszyły. Taka ciekawostka. Adam i Ewa zaufali komuś, kto im niczego nie dał. A nie wzięli od Tego, kto dał im wszystko. Trudno nam się otworzyć na Łaskę. Łatwo jest brać od kogoś, kto nic nie dał - wówczas nie musimy dawać nic w zamian, nie musimy dziękować.

Małgosia: trudno jest przyjąć nam coś niezasłużenie. Jak się spłacił kredyt - nie nasza siłą, a Jego, nie naszymi pieniędzmi, trzeba było upaść na kolana i podziękować. Bóg jest niesamowity.

Nasz Syn...

Małgosia: najważniejsze były cierpliwość i zaufanie Bogu. Syn był przeciwny powrotowi Grześka do rodziny. Gdy zamieszkał z nami po 1,5 roku, nasze dziecko mówiło, że jego noga w domu nie postanie. Studiował wtedy w Krakowie i wracał tylko na weekendy. Gdy dzwonił w piątek, że przyjedzie, to Grzegorz przenosił się do mamy. Trochę się buntował, ale musieliśmy też uszanować zdanie syna, skoro tyle przeszedł. Po 1,5 roku się to zmieniło. Podczas bardzo ważnej rozmowy, Bartek powiedział nam, jak się czuł, jak to wszystko przeżywał. Wszystko nam "wywalił" i od tamtej pory jest nieźle. Przyjeżdża i jest, ostatnio Grześ z Bartkiem byli nawet razem na rybach. Podczas wizyty u moich rodziców, Bartek powiedział im: "Dość ! Babciu, powiedziałaś, że jak ja przebaczę ojcu to i ty mu przebaczysz. Ja przebaczyłem, więc ty też to zrób, i dziadek także." Nasza miniona Wielkanoc to były pierwsze Święta razem z moimi rodzicami po 11 latach. Mam w sobie zgodę na to, że Pan Bóg wybiera na wszystko odpowiedni moment.

Szanse i bilanse...

Małgosia: rozumiem, że wszyscy postępujemy najlepiej jak potrafimy, na 100% swoich możliwości. Skoro ja popełniłam błędy (i pewnie jeszcze wiele popełnię), bo nie umiałam inaczej, to inni również mają do tego prawo. To zrozumienie "rozpuszcza" wszystko.

Grzegorz: jeśli zaczynam widzieć świat poprzez własne oczekiwania, to taki będę miał. Miałem etykietę "zdrajcy", myślałem, że będę ją miał do końca życia. Pan Bóg mi ją zerwał, powiedział, że nie jestem zdrajcą. Zrobiłem to, co zrobiłem, będę z tym żył ale nie wpływa to już na mnie. Tego już nie ma. To jarzmo nie jest już gorzkie. Nie muszę mieć oczekiwań, żyje teraz tym, co Bóg mi daje. To jest piękne życie. Bóg daje całą paletę barw, biorę je wszystkie.

Małgosia: nie mam założeń, nie czekam aż będzie lepiej, żyję pełnią życia, a problemy, smutki… to też życie. Niektóre przychodzą niespodziewanie, inne są konsekwencją naszych wyborów. Wszystkie trudne sprawy, które nam się trafiają, mają na celu otworzenie nas na Miłość. Bo w życiu chodzi przecież o to, byśmy doskonalili się w miłości.


Gdyby nie Bóg...

Małgosia: gdybym nie kochała Boga, nie umiałabym pokochać Grzesia. Kocham go przez pryzmat Pana Boga. Kocham go dlatego, że Bóg go kocha i że Bóg kocha mnie. To jest relacja ja-Bóg-mąż.
Doceniam Grześka za wrażliwość - wcześniej był zamknięty, było w nim dużo złości. Uwielbiam razem z nim przyjmować Pana Jezusa w Komunii Świętej. Lubię patrzeć, jak szlocha, wzrusza się. Cenię go za chęć pomagania innym, za troskę. Za to, że teraz mogę być sobą, nie muszę udawać, uważać, że coś źle powiem, czy mam zły humor. Nie zostawi mnie i - gdy tego potrzebuję - przytuli, nie zaraża się tym złym humorem. Teraz lubię wracać do domu, czuję się swobodnie. Kiedyś chciałam, by mnie rozumiał, a teraz wiem, że mnie nie zrozumie, ja sama siebie do końca nie rozumiem. Tacy jesteśmy, tylko Pan Bóg rozumie nas do końca. Mamy już pewien luz - nie dążymy do doskonałości. Bóg jest doskonały.

Grzegorz: cenię Małgosię za to, że dobrze wybrała - że jestem drugi w naszej rodzinie. Za olbrzymie serce, mądrość, czułość... Za piękno - mam najpiękniejszą kobietę na świecie. Pan Bóg mi ją dał.

Miłość to decyzja...

Małgosia: gdy usłyszałam w Sycharze, że miłość to decyzja, to tego nie rozumiałam. Emocje, uczucia jednak są jak chmury - mogą się zmieniać, a w oparciu o nie nie można zbudować nic trwałego. Kocham męża, bo tak zdecydowałam. Moi rodzice nie byli łatwym małżenstwem, ale w ich pokoleniu istniała odpowiedzialność. Ja nie byłam odpowiedzialna za siebie, potrafiłam płakać nad rachunkami. Wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, również za porażki to wielka wolność.

Grzegorz: moc się doskonali w naszej niedoskonałości. Jak ktoś stawia siebie na piedestale, to nic z tego nie będzie. Funkcjonuje w naszym życiu wiele kłamstw. Przykładowo stereotyp faceta - macho, który nigdy nie płacze. Gdy spotykasz Boga, to płaczesz. Niemożliwe, żeby serce nie wymiękło. Po prostu nie dasz rady.

Cały wysiłek to wziąć...

Małgosia: jak mamy się przyznać, ile tu jest realnie naszej pracy, to raczej niewiele... Jemu cześć i chwała. Życie z Nim jest wspaniałe. Widzę, jak bardzo ludzie się zmagają z kryzysami. Rozumiem ich, bo też postępowałam tak jak oni. Ale gdybym się nie uwikłała w to wszystko, gdyby nie było tego grzechu, to pewnie byśmy Go nie odnaleźli.

Grzegorz: nie ma się co spinać. Cały wysiłek to wziąć. To jest trudne i łatwe zarazem.

Małgosia: jak znieśliśmy separację, to kupiliśmy sobie obrączki i odnowiliśmy przysięgę małżeńską. Grzegorz co roku zamawia Mszę Świętą z okazji rocznicy naszego ślubu. Gdyby mi kiedyś ktoś powiedział, że mój mąż będzie klękał rano i wieczorem do modlitwy, to bym nie uwierzyła...

Marzenia...

Małgosia: Uwielbiam przebywać z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Chcielibyśmy jeszcze stworzyć kiedyś dom dla takich osób. Na razie możliwości lokalowe nam na to nie pozwalają. Ale jeśli Pan Bóg ma dla nas taki plan, to przecież wszystko jest możliwe...


Wysłuchała: Iwona Duszyńska