Wesprzyj fundację
0
0

Chodziło o to, by przetrwać cz.2

Chodziło o to, by przetrwać cz.2

Chodziło o to, by przetrwać cz.2

Nie zauważyliśmy nawet, że o kobiecości, męskości czy dzieciach jesteśmy przyzwyczajeni rozprawiać najczęściej posługując się kategoriami psychologii, pedagogiki czy współczesnej socjologii. Wspomnienia dziadków i pradziadków ogrywają coraz mniejsza rolę w budowaniu naszego osobowego świata. Tożsamość coraz częściej definiujemy na bazie "tu i teraz", w oparciu o przyzwyczajenia i przekaz kulturowy z mediów i Internetu. 

Wiedzą historyczną o tym, jak funkcjonowała rodzina na przestrzeni dziejów interesują się jedynie nieliczni. Tymczasem to ona w dużym stopniu stanowi odpowiedź na to, kim dziś jesteśmy. Nie tylko jako rodzina ale także jako społeczeństwo i naród. Zapraszamy do przeczytania 2 części wywiadu z Pawłem Madalińskim, historykiem, który swoją historyczną pasją przekłuł w zawód nauczyciela w szkole Montessori i zaraża nią młode pokolenie.




Jak wyglądała sytuacja rodziny w starożytności ? 


Kobiety w starożytności - co ciekawe -  są na swój sposób wyemancypowane. Istnieje wprawdzie władza pana, który jest np. w Grecji panem życia i śmierci. Funkcjonuje  jednak wiele kobiet, które rządzą "z tylnego siedzenia", a często są też na pierwszej linii. W Grecji, zarówno w demokracji, jak i w oligarchii mężczyzna posiada pełnię praw obywatelskich. Jest to jednak efekt pewnej filozofii - Grecy podzielili sobie bowiem życie na to, co jest zarezerwowane dla Polis oraz to, co jest zarezerwowane na dom i rodzinę. Aż do XIX wieku  postrzegaliśmy życie domowe jako nieistotne. Życie społeczne - to było "prawdziwe życie."


Z czego to wynikało ?



Przede wszystkim z tego, że musieliśmy bronić się przed przyrodą, która chciała nas "zabić". Prześladowały nas śmiertelność niemowląt, choroby, kataklizmy. W tym wszystkim osobą, która robiła to, co nie było ważne z perspektywy tej filozofii, była kobieta.  W Rzymie było już nieco inaczej - rządziły cesarzowe, które miały olbrzymie wpływy i były obecne w życiu publicznym. 



Czy coś pod tym względem zmieniło się w średniowieczu ?



W tej epoce czerpiemy odrobinę z tego podziału na "dwa inne światy" ale wychodzimy już z założenia, że społeczeństwo to rodzina rodzin. Tutaj też pojawia się  patriarchalizm w jego najczystszej postaci - Bóg jest Stwórcą Świata, mamy podział władzy na kościelną, państwową. Jest także miejsce na władzę rodzicielską dla rodziców. Zauważmy, że Bóg mógłby stwarzać każdego z osobna ale wybrał drogę stworzenia za pośrednictwem rodziców. Narzuca też hierarchię, w której jest dziecko. 



"Hierarchia" - brzmi nieco złowrogo...



Hierarchia wyglądała następująco: Bóg jako Król, władza kościelna, władza świecka na czele z królami, którzy przekazują ją kolejnym pokoleniom. W pierwszej kolejności  przekazują ją mężczyźnie, dopiero potem kobiecie. Dzieje się tak,  gdyż jest to nadal pokłosie tego podziału na dom i życie publiczne, a dodatkowo wynika stąd, że Bóg-Ojciec stworzył mężczyznę. Nie bez znaczenia jest też biologia - mężczyźni są statystycznie silniejsi. Jako mężczyźni musimy nie dać się zabić. Jako gatunek dość długo jesteśmy dla siebie szorstcy - na czułość nie ma czasu lub jesteśmy zorientowani na to, że coś nam zagraża.  


Dziecko w średniowieczu był to "mały dorosły". Początkowo nie przywiązujemy się do dziecka ze względu na olbrzymią śmiertelność dzieci.  Na 12 porodów kobiety przeżyje w najlepszym razie 3 dzieci. Nie ma wówczas mody dziecięcej, "mały dorosły" jest surowo wychowywany. W taki sposób przedstawiany jest na obrazach.  Pamiętajmy jednak, że jesteśmy ludźmi, którzy kierują się pewnymi psychologicznymi mechanizmami - małe śliczne dziecko zawsze będzie wzbudzać zachwyt i czułość.  Nie nastawiajmy się wyłącznie na "zimny chów". Podobnie wygląda kwestia relacji damsko-męskich. Owszem, panuje patriarchat, na swój sposób racjonalny biorąc pod uwagę warunki epoki, ale warto wziąć pod uwagę, iż jego obraz kulturowy, jaki mamy, może być dość wykoślawiony. 



Czy stosunek do rodziny, relacji damsko-męskich, dzieci różnił się biorąc pod uwagę drabinę społeczną ?



W przypadku mieszczan mamy właściwie partnerstwo idealne. Nie dało się bowiem być mieszczaninem i prowadzić działalności bez bycia w relacji partnerskiej. Rzemieślnik zrzeszony w cechu był taką "fasadą" domu, którą porównałbym do kamienicy w gotyckim mieście. W takim mieście jedna kamienica graniczy z dwóch stron z dwoma ulicami - jedna fasada jest reprezentacyjna, a druga stanowi zaplecze dla różnych prac i zadań. Mężczyzna jest tą "fasadą", a kobieta "zapleczem" - pamiętajmy, że cały czas pokutuje tu filozofia podziału życia na  społeczne i domowe. Wynikało to całkowicie z natury, gdyż kobieta była całkowicie zależna od swojej dzietności. Prokreacja, narodziny jest to stały element natury. Musimy mieć dzieci, bo inaczej nie przetrwamy jako gatunek. Każdy gatunek po to odczuwa popęd seksualny, by przetrwał.  Kobieta posiadająca wszystkie możliwe przymioty ciała i ducha, w tamtych czasach praktycznie cały czas była w ciąży lub zajmowała się potomstwem. Czy był to efekt ucisku,  czy też niebywałej mądrości ? 



Taki stan rzeczy mógł jednak stanowić pole do nadużyć...



W średniowieczu mamy już tzw. sprawy ław miejskich, które zajmowały się m.in. burdami, pobiciami czy sprzeczkami małżeńskimi. Kiedyś czytałem akta sprawy dot. kluczy do piwniczki z winem przywłaszczonych przez żonę. To pokazuje, że zajmowano się już tymi sprawami. Nikt nie miał prawa wyrządzić jej krzywdy. Nadużycia, które się zdarzały stanowiły maksymalnie odsetek, promil wszystkich spraw. Jako ludzkość mieliśmy wtedy znacznie poważniejsze problemy. Jeśli na100% rodzin, 10% było takich, gdzie relacja damsko-męska była niewłaściwa choć podparta patriarchatem, to był to niewielki problem biorąc pod uwagę, że średnia życia wynosiła wówczas 30-40 lat, a okresy pokoju jedynie kilka lat. Przyroda lub inni chcą nas zabić, musimy utrzymać rodzinę i przetrwać. Z perspektywy gatunku i rozwoju kulturowego nie były to żadne istotne problemy. 



Czy w rodzinach chłopskich też panowało takie partnerstwo jak u mieszczan ?



Rodziny chłopskie także funkcjonowały opierając się na partnerstwie. I choć z dzisiejszej perspektywy ówczesne podejście do rodziny możemy uznać jako prymitywne, to wynikało ono z potrzeby sytuacji. Chłop potrzebował silnych synów. Cały "organizm", jakim była rodzina pracował razem (łącznie z matką, ojcem, zwierzętami) po to, by przetrwać. Nie jest prawdą, że mięso jadano raz do roku - zależało to od okresu.  II poł. XVII  wieku jest faktycznie trudna, obarczona większymi ciężarami  wynikającymi z pańszczyzny. W wyniku chorób, zaraz, wojen, np. po potopie, powstaniu chmielnickiego - znacząco spada populacja, pogarszają się warunki życia. Przez większość okresu nowożytności nie jest jednak tak, że ludzie są niedożywieni. Dodać należy, że realne ciężary wynikające z pańszczyzny, były to  przez całe stulecia z reguły 1-2 dni. 



A co ze szlachtą ?



Szlachta gołota, szlachta zagrodowa żyła nieco inaczej niż chłopi. Dzisiaj, gdy ktoś choruje, to się nim zajmujemy. W tamtych czasach ktoś ze złamaną nogą był poważnym obciążeniem. Jeśli chodzi o dzietność, to w każdym stanie jest ona podobna. Jednak u chłopów mamy znacznie wyższą śmiertelność niż u szlachty. Szlachta miała wówczas większą świadomość dotyczącą higieny i zdrowia. Nie było też tak ważne, by kobieta - zamożna szlachcianka podejmowała fizyczną aktywność po porodzie. 



Co przyniosło oświecenie jeśli chodzi o rozumienie ról kobiety, mężczyzny i dziecka ?




W epoce oświecenia mamy kobiety, które zachowują się zbyt liberalnie, co często się nie podobało. Takie pojawiają się w sztuce, dziełach literackich. Często są upominane, a pamiętajmy, ze gdy się kogoś upomina to niekoniecznie posłucha. Był to taki "szczerbaty patriarchat". Ta sytuacja także pokazuje, że nie było jakiegoś szczególnego ucisku. 


Dziecko w epoce oświecenia przestaje być "małym dorosłym". Zaczyna się dostrzegać, że to trochę inna istota niż dorosły. Pojawia się moda dziecięca, zabawki, rodzą się koncepcje wychowawcze. Dziecko zyskują prawo bytu, ktoś mówi, że nie trzeba wychowywać na sposób karny, zimny. 




Spotkałam się z takim stwierdzeniem, że paradoksalnie wiek XX to najbardziej szkodliwy dla dzieci czas w historii.  Zrodziły się idee humanizmu, pojawił się Korczak, rozwinęła się wiedza nt. dzieci. Miały miejsce słuszne założenia społeczne i rozwojowe, dziecko zaczęło być obecne w aktach prawnych... A mimo to mówi się o szkodliwości tego okresu...



To bardzo możliwe. Tak jak już mówiłem wcześniej o "siatce władzy" - rożne jej rodzaje nakładają się na siebie. To my, jak te bierki z każą kolejna ewolucją ściągamy kolejne. Władza kościoła jest mocno osłabiana, doszło do upadku władzy monarszej. Z kolei władza rodzicielska jest nieustannie ograniczana - nie możemy już powiedzieć, że rodzic w pełni dziś odpowiada za edukację, światopogląd, wychowanie dziecka. Do niedawna też był "pan ojciec", "pani matka" - i to funkcjonowało w relacjach rodzinnych. Jest to efekt kultury, co trzeba docenić - od czasów szorstkości w relacjach i uprzedmiotowienia doszliśmy do budowania relacji. To gigantyczny skok kulturowy. 




Czy została nam jeszcze jakaś bierka ?



Z tego wszystkiego ma pozostać jedynie władza państwowa, która ma wpływ na zdrowie, wychowanie, religię - widać to bardzo wyraźnie. Po II wojnie światowej, pewien Japończyk stworzył koncepcję mówiącą o tym,  że historia się skończyła. Na przestrzeni dziejów mieliśmy takie przekonanie, że ludzkość się rozwija. On z kolei twierdzi, że złoty okres już minął i należy się cofnąć. Krótko mówiąc: lepiej już było.  W wielu kulturach świata pokutuje przekonanie, że albo lepiej już było, albo dopiero będzie. Jesteśmy więźniami paradygmatu, że wszystko się rozwija, że rozwija się technika. Ale  tak naprawdę, jakie wynalazki powstały od lat 60 ? Cud miniaturyzacji to jedyna zmiana. Wciąż udoskonalamy to, co juz istnieje. W przypadku wielkiej rewolucji przemysłowej zmieniło się wszystko na przestrzeni 100 lat.  Jeśli historia się skończyła i jest coraz lepiej, to wiadomo, że mamy walkę z tradycją. Stare idee zostały skompromitowane: nacjonalizm, patriotyzm, katolicyzm, więc chcemy budować raj na ziemi. Pedagogika też wpisuje się w ten trend - zwróćmy uwagę na kuriozum tzw. "bezstresowego wychowania". Wszystko w świecie jest stresujące, nauczmy  więc dziecko sobie radzić ze stresem, bądźmy dla niego źródłem poczucia bezpieczeństwa.... Nie likwidujmy przeszkód. W końcu jako gatunek musimy przetrwać...







Dziękuję za rozmowę !



Rozmawiała: Iwona Duszyńska





Paweł Madaliński - historyk, nauczyciel w szkole Montessori, który próbuje zarażać młode pokolenie pasją wiedzy o przeszłości. Członek zarządu Fundacji Ad Arma. Mąż oraz ojciec "Trzech Muszkieterów". Miłośnik gór.