Wesprzyj fundację
0
0

Rosyjska ruletka cz.1

Rosyjska ruletka cz.1

Rosyjska ruletka cz.1

Brak upragnionego potomka to problem, z którym coraz częściej borykają się polskie pary. "Niepłodność" - diagnoza postawiona przez lekarza wielu potencjalnym rodzicom brzmi jak wyrok, od którego nie można się odwołać. Ostatnią "deską ratunku" wydaje się być metoda sztucznego wspomagania rozrodu - procedura in vitro.  Istnieje dość powszechne, choć błędne przekonanie, że jej niepowodzenie zamyka wszystkim bezpłodnym parom drogę do poczęcia dziecka i rodzicielstwa. Historia 34-letniej Katarzyny i jej o rok starszego męża - Piotra to najlepszy dowód na to, że tak nie jest. Zapraszamy do przeczytania pierwszej części rozmowy.


Pani Kasiu, jest Pani 2 lata po ślubie, rozpoczęła Pani starania o dziecko w wieku 34 lat. Jak wyglądała Państwa droga do upragnionej ciąży ?

Kilka miesięcy starań po ślubie nie przyniosło żadnych rezultatów. Moja pani ginekolog zleciła mi rutynowe badanie AMH (wskaźnik rezerwy jajnikowej). Miałam mieć też wykonany zabieg drożności jajowodu. Stawiłam się więc do szpitala na ten zabieg w dniu swoich urodzin. Wówczas lekarka pokazała mi wynik AMH i tym samym wydała na mnie wyrok. Powiedziała, że w moim wypadku tylko in vitro daje jakieś szanse na ciążę i nic innego nie wchodzi w grę. Taki wynik jak mój, a był to wynik 0,16 występuje u kobiet po menopauzie podczas gdy norma wynosi 1 w górę. A ja miałam tylko 34 lata. Diagnoza brzmiała: niepłodność.  Skierowano mnie do udziału w unijnym programie wspierania in vitro w szpitalu. Zostaliśmy z mężem przebadani. U mnie dodatkowo wykonano zabieg drożności jajowodów. Lekarz powiedział, że sugeruje od razu zabieg in vitro i to od razu z komórek jajowych dawczyni.


Czyli zbadano Pani tylko AMH, poziom innych hormonów i udrożniono jajowód ?


Tak. A wiadomo, że poziom tych hormonów zmienia się w zależności od momentu cyklu.

 

Czy ze strony lekarza padła propozycja obserwacji cyklu ?

 

Nie, nic takiego nie miało miejsca.  Od razu padła sugestia o in vitro, najlepiej z komórek dawczyni, bo przy moich własnych szanse na poczęcie wynosiły jedyne 20%.

 

Jak się Pani poczuła po takiej sugestii ?

 

Były łzy, był szok. Żadnej kobiety w wieku 35 lat nie ucieszy wiadomość, że jest właśnie w okresie premenopauzy i że tylko in vitro może sprawić, że zostanie matką. Naturalnie oczywiście możemy się starać jak sobie chcemy - powiedział lekarz. Ale on nie daje nam najmniejszych szans.

 

Jak zareagował na to wszystko Pani mąż ?


Też był zszokowany. Był przy mnie, trwał, godził się na wszystkie moje posunięcia. Ja z kolei działałam tak naprawdę mechanicznie.  Z perspektywy czasu wiem, że decyzje, jakie wówczas podejmowałam, były przeze mnie podjęte zbyt pochopnie. Człowiek jednak uczy się na błędach.


Czy jest to możliwe,  że przy takiej dawce informacji, trudnych emocji, postawach lekarzy jest przestrzeń na racjonalne myślenie, decyzje podejmowane w wolności ?


Chyba nie. To są ogromne pieniądze. Dla nich kolejna pacjentka to po prostu kolejna pacjentka. Nie ma podmiotowego podejścia do człowieka.


Domyślam się, że po tej informacji o tym, że in vitro to ostateczność, szukała Pani informacji w Internecie itd...

 

Pula 10 unijnych wizyt w szpitalu się wyczerpała. Oczywiście, w konsekwencji zainteresowałam się dalej tym tematem. Ostatnią wizytę w klinice in vitro mieliśmy w sierpniu 2020, a we wrześniu stawiliśmy się na zabieg. W klinice usłyszałam to samo, co wcześniej w szpitalu: tylko in vitro z komórek dawczyni jest jakąś szansą. A mnie zależało na własnych komórkach.



Zdecydowaliście, Państwo,  ostatecznie o Pani własnych komórkach. Jak zareagowano na tę decyzję w klinice ?


Jak pani zapłaciła, to ok., próbujemy. Zaczęłam być  faszerowana hormonami - tak naprawdę bez kompleksowego zbadania mojego stanu zdrowia. Pobrano mi komórkę jajową pod znieczuleniem i połączono ją z plemnikiem męża. Okazało się jednak, że zarodek umarł.  Nie doszło nawet do transferu. Był wielki smutek i płacz. Na drugi dzień ponownie umówiłam się  w klinice, gdzie lekarz ostatecznie zasugerował udział dawczyni. Spytałam go: co ja mam zrobić? On na to, żebym była świadoma tego, że będzie mnie to kosztowało 16 tys. złotych.  Zapłaciłam, znalazł dla mnie dawczynię, znów zaczęłam przyjmować hormony. Kolejny zabieg miałam przejść w październiku. Terapia hormonalna, kolejny zabieg i test ciążowy, a na nim jedna kreska. Spytałam lekarza, dlaczego tak się stało. Przecież macica  była dobrze przygotowana, endometrium było ok., były jakieś szanse. A on na to tylko lakonicznie stwierdził, że "zarodek się nie przyjął". Po tym doświadczeniu zdecydowaliśmy z mężem, że chcemy nieco odetchnąć i damy sobie spokój na jakiś czas.  W tamtym momencie czułam, że nie mam siły ponownie przez to przechodzić.

 

Co było najtrudniejsze w doświadczeniu tych dwóch nieudanych prób ?


Chyba to, że w klinice, podczas badań, zabiegów, decyzji byłam praktycznie cały czas sama. Mężowie, partnerzy byli dosłownie wypraszani z kliniki.  Gdy lekarz pytał mnie o dawczynię, męża przy mnie nie było.  Takie istotne decyzje podejmuje się przecież z mężem.


Gdy mi Pani o tym mówi, to na myśl przychodzi mi fabryka i taśma produkcyjna...


Gdy spytałam lekarza, dlaczego mąż nie może być teraz przy mnie (podczas podejmowania decyzji o pobraniu komórki jajowej od dawczyni przyp.red.), ten odpowiedział: "A po co pani mąż ? Wystarczy, że pani sama podejmie decyzję." To jest strasznie przedmiotowe traktowanie człowieka. Powiem nawet, że aż dosłownie jest to kupno życia. Dodatkowo na zasadzie: uda się lub nie. Rosyjska ruletka.

 

Miałam takie wyobrażenie klinik in vitro, że jeśli ludzie płacą za tę usługę dużo pieniędzy, to są traktowani kulturalnie, podmiotowo...


Pracownicy owszem, byli mili ale dla mnie mimo to było to wszystko takie strasznie uprzedmiotawiające. Uda się lub nie, zero emocji.

In vitro jest to wielkie obciążenie dla organizmu kobiety. Hormony, zastrzyki w wielkich dawkach. Po jakimś czasie się to odbiło na moim samopoczuciu i zdrowiu. Gdy już zaprzestałam tych terapii i miałam chwilę oddechu, dopadły mnie zawroty głowy, niepokój wewnętrzny, różne lęki. Nie było to nic przyjemnego.


Co sprawiło, że jednak zdecydowaliście się, Państwo na dawczynię ?


Dałam się przekonać lekarzowi po usłyszeniu jego argumentacji, że taki krok mi się opłaca, że mam większe szanse na utrzymanie ciąży. Powiedział, że przy moich komórkach raczej by się to nie udało. Nie chciałam więc ryzykować po raz kolejny.

 

 Jest Pani teraz w 8 tygodniu ciąży. Jest to ciąża, do której doszło w wyniku leczenie dr Tadeusza Wasilewskiego, wybitnego polskiego naprotechnologa. Jak Państwo do niego trafili ?


W styczniu przypadkiem wybrałam sie do kosmetyczki, która była w ciąży. Zaczęłyśmy rozmawiać i okazało się, że ona również miała problem z poczęciem. Zwierzyłam się jej, że jestem po 2 próbach in vitro. Ona z kolei opowiedziała mi o doktorze Wasilewskim i o tym, że dzięki niemu zaszła w ciażę. Jej także mówiono, że nie ma szans na dziecko. Zasugerowała, bym obejrzała jego świadectwo na youtube i przemyślała temat. W domu poczytałam nieco o naprotechnologii i umowiłam się na wizytę.

 

CDN...

 

Więcej na:  www.napromedica.pl

Dziękujemy Panu doktorowi Tadeuszowi Wasilewskiemu oraz Personelowi Kliniki Leczenia Niepłodności "Napromedica" w Białymstoku za pomoc w realizacji materiału.