Wesprzyj fundację
0
0

Rosyjska ruletka cz.2

Rosyjska ruletka cz.2

Rosyjska ruletka cz.2

Brak upragnionego potomka to problem, z którym coraz częściej borykają się polskie pary. "Niepłodność" - diagnoza postawiona przez lekarza wielu potencjalnym rodzicom brzmi jak wyrok, od którego nie można się odwołać. Ostatnią "deską ratunku" wydaje się być metoda sztucznego wspomagania rozrodu - procedura in vitro.  Istnieje dość powszechne, choć błędne przekonanie, że jej niepowodzenie zamyka wszystkim bezpłodnym parom drogę do poczęcia dziecka i rodzicielstwa. Historia 34-letniej Katarzyny i jej o rok starszego męża - Piotra to najlepszy dowód na to, że tak nie jest. Zapraszamy do przeczytania drugiej części rozmowy.


Czy nie miała Pani takiego wyobrażenia o naprotechnologii, że to takie "kościółkowe", nieskuteczne, pewnie jakiś przekręt...?


Pomyślałam, że  przechodzę ze skrajności w skrajność. Doszłam też do takiego wniosku, że wszystkiego trzeba spróbować. Ale ostatecznie nie poszliśmy  z mężem na tę wizytę. Zrezygnowałam.

 

Co Panią powstrzymało przed tą wizytą ?

 

Brak wiary w powodzenie. Czytałam mnóstwo opinii w Internecie - były bardzo podzielone: jedne mówiły, że naprotechnologią jest super, inne z kolei, że to takie "ziółka" i  szkoda na nie pieniędzy. Miałam bardzo mieszane uczucia więc zrezygnowałam. Ale znów musiałam iść do kosmetyczki i temat ciąży znów się pojawił. Finalnie umówiliśmy się na kolejną wizytę w klinice Napromedica w lutym. Gdy tam trafiliśmy, mieliśmy konsultacje z panią dietetyczką i z panem doktorem Wasilewskim, który zlecił nam szereg badań. Ja zostałam zbadana pod kątem nietolerancji pokarmowej, przeszłam badania genetyczne, hormonalne. Badano też obecność toksoplazmozy - tego,  czy  ją przechodziłam, a także różne bakterie, przeciwciała. To był naprawdę sporych rozmiarów pakiet badań. W końcu zaczęły przychodzić wyniki. Jednocześnie mieliśmy spotkania z dietetyczką - wyszła mi nietolerancja pokarmowa na wiele produktów i konieczna stała się dieta. Dostaliśmy też oboje z mężem silne leki na pasożyty.


Jak mąż odnalazł się jako pacjent kliniki naprotechnologii ?


Po przykrych doświadczeniach kliniki in vitro, do tej - dla odmiany - zaczął chętnie chodzić. Poczuł się w niej dobrze i bardzo zaczął doceniać to, że otrzymuje mnóstwo cennych porad. Tam lekarze inaczej podchodzą do pacjentów  - mąż i ja mogliśmy być w klinice razem mimo pandemii. Było to dla nas bardzo ważne. Badania wykazały, że przeszłam toksoplazmozę, miałam też mnóstwo bakterii w swoim organizmie. Problemem okazała się też niedokrwistość, którą Pan doktor ograniczył właściwie tak naprawdę tylko za pomocą witamin i minerałów. Było to banalne ale skuteczne. No i najważniejsza chyba kwestia leczenia - badanie mojego cyklu przy pomocy modelu Creighton.


Co wyszło w tym modelu ?


Pierwszy cykl był dziwny - krótki i z plamieniami. Drugi był już bardziej czytelny, coś można było na nim zobaczyć. Natomiast trzeci cykl to był ten, gdy zaszłam w ciążę. Pierwsza wizyta miała miejsce w lutym, a ja w kwietniu byłam już w ciąży. Stosowałam dietę, pozbyliśmy się pasożytów, zażywałam witaminy, progesteron. Pani dietetyczka na wizycie zobaczyła  mój model Creighton. Akurat o 2 dni spóźniał mi się okres. Jednak zupełnie nie brałam pod uwagę ciąży. Po tylu przejściach wydawało mi się to nierealne. Dietetyczka zasugerowała, by zrobić test.  No więc wracając z kliniki kupiliśmy testy. Poprosiła, by w przypadku pozytywnego wyniku zgłosić się na następny dzień do doktora. Tego wieczoru zobaczyłam 2 wyraźne kreski. Nie mogłam w to uwierzyć. Uznaliśmy z mężem, że trzeba podejść do tego "na chłodno" i rano powtórzyłam test. Byliśmy w szoku, bo test po raz kolejny był pozytywny. Przed pójściem do pracy mąż zawiózł mnie na badanie HCG. Tego samego dnia zjawiliśmy się klinice. Badanie lekarskie wykazało, że mam wysoki poziom progesteronu.  Na USG jeszcze nic nie było widać. Gdy Pan doktor powiedział: "Poczęcie", byliśmy w szoku. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. "Nie, to nie o mnie mowa, chodzi o kogoś innego" - myślałam. Wynik badania HCG wskazywał na 3-ci tydzień ciąży.

 

Zaczęłam przyjmować leki. Po kolejnych 2 tygodniach znaleźliśmy się u Pana doktora na badaniu USG.  "Szukamy maluszka - powiedział - proszę stanąć koło żony." Nagle padło z jego ust rozpoznanie: "ciąża bliźniacza". Były 2 bijące serduszka. Mieliśmy z mężem łzy w oczach. U mnie w rodzinie nie było bliźniąt ale w rodzinie męża się one zdarzały. W końcu doktor z uśmiechem powiedział: "Widzi pani to niskie AMH, które mówiło, że  jest pani bezpłodna ?... No bardzo, prawda ?"

 

Zakładam, że ma Pani takie obawy, czy wszystko będzie dobrze....


Każdego dnia się boję.


 

Co mówi Pan doktor ?

 

Podczas wizyty mąż wspomniał, że ciąża mnoga to większe ryzyko. Ale doktor mówi, by się  nie denerwować i dbać o siebie. Przez całą ciążę będę musiała brać zastrzyki z heparyny. Mam też problem z krzepliwością krwi. Ale to jest nic, nie jest to dla mnie żadne poświęcenie. Konieczne są też inne leki, progesteron oraz dieta. Nie mogę sobie "folgować" choć miewam kulinarne zachcianki. Czasem się złamię. Nie mogę jeść pszenicy, drożdży, jaj, nabiału, czekolady, którą lubię. Na tej liście są też migdały, nerkowce, pomidory. Ale wszystko to da się jakoś zastąpić.


Lekarz zbadał mi także poziom Homocysteiny. Homocysteina to aminokwas, który podniesiony do wysokich wartości może poczynić wiele poważnych szkód w organizmie człowieka. To badanie mierzące poziom witamin B6, B12 i kwasu foliowego. Okazało się, że u mnie poziom Homocysteiny był za wysoki. Taki stan skutkuje tym, że zarodek się nie przyjmuje. To tłumaczy, dlatego nie powiodły się nasze próby in vitro.  Doktor wdrożył odpowiednie leczenie i sprawił, że poziom Homocysteiny spadł dwukrotnie, organizm został wyczyszczony i przygotowany na przyjęcie zarodka. Niedokrwistość także się poprawiła, podobnie jak reszta morfologii, która nie wyglądała najlepiej. Wszystko to sprawiły leki oraz witaminy i minerały od doktora.

 

Doktor potrafi - jak widać - czynić cuda...


Jestem gotowa uznać, że jest on "Rękami Boga", które  doprowadzają do takiego cudu. To właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na początku miałam wątpliwości. Bałam się, że ta naprotechnologia to jakiś wymysł, na którym ktoś teraz  zarabia. Okazało się, że absolutnie tak nie jest. Naprotechnolodzy badają kobietę i mężczyznę od podstaw, kompleksowo, prześwietlają, szukają przyczyny niepłodności.


Pani Agnieszka (instruktorka modelu Creighton przyp. red.) powiedziała nam, że nawet maleńka infekcja może spowodować, że zarodek się nie przyjmie. Zdarza się, że nawet gdy już nie ma pomysłu na przyczynę niepłodności, to sprawdza się także uzębienie. Jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało, to znam historię, gdzie żona zaszła w ciążę dopiero gdy mąż wyleczył ubytki w zębach.


Jak kształtują się wydatki na leczenie niepłodności za pomocą naprotechnologii ?


W klinice in vitro wydaliśmy dziesiątki tysięcy, tutaj kilkaset złotych - tyle, co na normalne odpłatne wizyty lekarskie.  Jakieś 200-300 zł za wizytę. Troszkę więcej wydaliśmy na badania typu nietolerancja pokarmowa, badania genetyczne, ale był to jednorazowy wydatek. Nie ma porównania. Jak wszystko będzie dobrze, to ja nie wiem, jak podziękuję Panu doktorowi....

 

 

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała: Iwona Duszyńska

 

Więcej na: www.napromedica.pl


Dziękujemy Panu doktorowi Tadeuszowi Wasilewskiemu oraz Personelowi Kliniki Leczenia Niepłodności "Napromedica" w Białymstoku za pomoc w realizacji materiału.