Wesprzyj fundację
0
0

Ściana

Ściana

Ściana

Ten moment nie musi stać się udziałem każdego. Z reguły pojawiają się rozwiązania, ludzie i nadzieja. Moment "dojścia do ściany" - bo o nim mowa -  to ten, kiedy wszystko zawodzi rozbijając wewnętrzny świat człowieka w drobny mak. Gdy taka sytuacja przytrafi się w rodzinie, z pomocą przychodzi On - Jezus  w Eucharystii. Może też z odsieczą posłać swoich Świętych . Jezus, którego moc jest tak dalece nieskończona, że nawet wierzącym trudno w nią uwierzyć.

Pan Bóg daje człowiekowi taki Krzyż, jaki jest on w stanie unieść. W "bonusie" daje też coś ważniejszego - towarzyszenie w Jego niesieniu. Otwarcie się na ten Krzyż, stuprocentowa wiara w ów towarzyszenie to dla wielu droga przypominająca bieg przez płotki. Jednak mimo kolejnych upadków, On przez cały czas jest obok, choćby wszystkie znaki na niebie i Ziemi mówiły coś zupełnie  innego. By móc się o tym przekonać, nasi dzisiejszi bohaterowie musieli zderzyć się z przysłowiową ścianą - doznać tak dalece idącego poczucia braku wpływu na swój los, że mógł go odmienić TYLKO On. Tylko i AŻ....


Mało-Wielko-Miasteczkowy


W jednym z tysięcy podobnych do siebie polskich małych miasteczek, żyje jedna z wielu samotnych matek. Nie spodziewa się ona, że Pan Jezus zawita do jej życia w sposób tak nieoczekiwany, wręcz ekstremalny. 

Życie kobiety kręci się wokół jedynej, ukochanej i wyjątkowo pięknej córki. To na nią matka przelewa całe swoje uczucie pragnąc wynagrodzić jej brak ojca, który odszedł dawno temu i związał się z inną kobietą. To na barkach matki spoczywa walka o byt, praca, dom i setki codziennych problemów. Nie zauważa jednak, jak cały swój świat lokuje w córce, oplata ją niczym bluszcz i przekonana o tym, iż ją kocha, odbiera jej wolność i szanse na podążanie własną drogą.

Czas biegnie nieubłaganie i pewnego dnia mała śliczna córeczka staje się 21- letnią piękną, młodą kobietą. Choć w córce bardzo wiele się zmieniło, w matce wprost przeciwnie - nadkontrola oplatającego bluszczu niczym chwast zarasta wszystkie zakamarki potencjalnej, wzajemnej bliskości obu kobiet.
Nadchodzi w końcu dzień, kiedy córka nie wytrzymuje tej toksycznej relacji i postanawia się od niej uwolnić. Wykrzykuje matce w twarz, że się dusi, że potrzebuje przestrzeni - inaczej zwariuje. Dziewczyna chwyta w dłoń jakąś gotówkę i trzaskając drzwiami wybiega z domu. Wyjeżdża gdzieś zagranicę. Byle sama, byle bez matki.

Zszokowana matka kilka razy dziennie wydzwania do córki ale po dwóch miesiącach kontakt się urywa. Ma tylko ją. A może miała tylko ją.

Ostatnia rozmowa między nimi odbywa się z Paryża. Potem na kilka tygodni nastaje głucha cisza. Zdesperowana matka uruchamia Policję, ale bez skutku. W końcu wynajmuje prywatnego detektywa i po miesiącu otrzymuje wiadomość: "Pani córka została porwana przez handlarzy kobietami, jest w jakimś burdelu. My jej nie znajdziemy, to niewykonalne. I prawdopodobnie nigdy już pani córki nie zobaczy." Tego dnia, świat który kobieta tak misternie budowała sobie na przestrzeni lat, rozleciał się na kawałki.

Życie (?) córki toczy się na ulicach Paryża - klient za klientem, samochód za samochodem. Bez dokumentów, bez żadnej nadziei... Piękne oczy już nie błyszczą jej tak jak kiedyś, dziewczyna gaśnie. Może taki stan ludzie nazywają "śmiercią za życia".

Matka snuje się po mieście niczym zombie. Zdążyła wypłakać już wszystkie łzy. Ciężka depresja i leki mają tworzyć wrażenie, że wciąż jest wśród żywych. Potem terapia - jedna, terapia druga i łapanie coraz to nowszych energii, gdziekolwiek i od kogokolwiek. Wszystko na nic.

I tak, któregoś dnia, powłócząc nogami po chodniku, gdy resztki siły woli są już na wypaleniu, Matka podnosi nagle wzrok i dostrzega wielkie drzwi kościoła... Automatyczne wchodzi do środka i siada w ostatniej ławce. Nie była tutaj od lat, ale teraz jest. Jest i dostrzega w oddali biały opłatek. Na ołtarzu stoi monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Zaczyna się więc w Niego wpatrywać, by po chwili jej oczy stały się mokre.  W końcu cos w niej pęka. Rozpędzony potok jej łez dociera aż na podłogę. Z minuty na minutę jej serce ogarnia nieznany jej wcześniej pokój i błogość. W końcu jednak wstaje z ławki, i mokra od łez powoli wychodzi. Z niedowierzanie odwraca jeszcze głowę w kierunku Pana Jezusa Eucharystycznego... W końcu jest jej dobrze, czuje się ukojona. Cos zaczęło wypełniać bezdenna pustkę. Nie jakaś "energia", nie terapia. Tylko Pan Jezus we własnej Osobie. Całkowicie za darmo. Ona jeszcze Go nie zna, ale przychodzi do Niego na drugi dzień już szybszym krokiem, na trzeci, czwarty i tak mijają kolejne tygodnie. 

Kobieta zaczyna się zmieniać. Wraca uśmiech i kolory. Dzień w dzień adoruje Pana Jezusa. On patrzy na nią, a ona  na Niego. W końcu jej kamienne serce zaczyna oddychać i wypełniać się miłością. 

W Paryżu natomiast, jej córka, zostaje przeniesiona do nowego rewiru. Na nieznanej dotąd ulicy ma teraz świadczyć swoje usługi. Staje tam, i po drugiej stronie jezdni zauważa jakiś budynek. Na pierwszym piętrze znajdują się wielkie okna. Za szybą, wewnątrz budynku dostrzega złotą monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Ten budynek to klasztor, w którym siostry zakonne cały czas  adorują Pana Jezusa. Początkowo dziewczyna ignoruje ten fakt. Klienci podjeżdżają i odjeżdżają, ale z dnia na dzień coś sprawia, że coraz dłużej zaczyna przyglądać się monstrancji... Po jakimś czasie zaczyna zdawać sobie sprawę, że tam w tym białym opłatku jest Ktoś, kto na nią patrzy...

Po kilku tygodniach dziewczyna staje się wyraźnie inna. Klienci są wciżż tacy sami, ale w niej samej rozlewa się wielka rzeka czułości i ciepła. Wpływa ona w zakamarki jej duszy i dodaje dziwnej, niewytłumaczalnej odwagi. Któregoś dnia coś w niej pęka i postanawia, że następny klient będzie jej ostatnim. Doskonale zdaje sobie sprawę, że za bunt i ucieczkę czeka ją kara śmierci z rąk stręczycieli. Lecz nie obchodzi jej to, nic jej już nie interesuje jak tylko On, który jest tam - na wyciągnięcie ręki. Ukochany i wytęskniony Jezus. Pan Jezus... Czekała na Niego przez całe życie, a On teraz woła ją do siebie - pełen subtelności i łagodności.

Kiedy czuje, że wręcz pęka w środku z tęsknoty za Nim, podjeżdża klient. Ostatni. By potem znaleźć się w pełnych miłości objęciach Najwyższego. Z samochodu wysiada mężczyzna około trzydziestki, ładnie ubrany. Otwiera jej drzwi i zaprasza do środka. Dziewczyna wsiada lecz nie może przestać przyglądać się jego oczom. Tak łagodnie błyszczą podkreślając jego delikatny i nieco tajemniczy uśmiech. Kiedy ruszają, spogląda na nią w lusterku spojrzeniem pełnym miłości. Mężczyzna w pewnej chwili prosi dziewczynę, by z bocznej kieszeni wyciągnęła dokumenty. Mówi jej,  że wraca do domu, a tam ma paszport, dowód i pieniądze i że właśnie są w drodze  na lotnisko.  Wysiadają z samochodu. On spokojnie odprowadza ją do ostatniej bramki przy wejściu do samolotu, po drodze rozmawiają. Uśmiecha się do niej delikatnie niemniej jego oczy nie dają dziewczynie spokoju. I kiedy tak stoją naprzeciwko siebie, dziewczyna tylko na ułamek sekundy schyla głowę.  Chce coś wyciągnąć z kieszeni, i nagle orientuje się, że ten facet zniknął. Stał tuż przed nią i nagle go nie ma. Rozgląda się dookoła ale musi szybko wchodzić do samolotu. Zmieszana zapina się w fotelu i odlatuje do Polski.

Kiedy dojeżdża do swojego rodzinnego miasta, biegnie do domu. Puka do drzwi, zagląda do okien, ale okazuje się, że matki nie ma w domu. Nagle sąsiadka dotyka lekko jej ramienia, jej mina świadczy o tym, że czuje się tak, jakby zobaczyła ducha i z wielkim wzruszeniem mówi: "Mama w kościele, mama jest w kościele...". Dziewczyna wpada do kościoła, rozgląda się i znajduje ich razem: Jezusa i mamę. Podchodzi bardzo wolno, czuje, jak uginają się  kolana i wpada w końcu  drżąc w ramiona swojej mamy. Czułości nie ma końca. Wreszcie obie padają na kolana i wpatrują się w Jezusa Eucharystycznego. Po jakimś czasie córka wstępuje do klasztoru i pracuje teraz we Włoszech, pomagając dziewczynom na ulicy...

P.s.
Kiedy matka pierwszego dnia weszła do kościoła i zapłakała przed Panem Jezusem, tego samego dnia jej córka została przeniesiona do nowego rewiru. Blisko Pana...

więcej na: https://youtu.be/iyvme47ksZ0


Był sobie chłopiec


Historia dzieje się w Meksyku w ostatnich latach. Pięcioletni chłopczyk wpada zziajany do apteki i rzuca swoją świnkę- skarbonkę na ladę.
- Szybko proszę pana, proszę cud. Więcej nie mam pieniędzy, rowerek musi poczekać - zwraca się do sprzedawcy.
Aptekarz złapał w ostatniej chwili skarbonkę i mówi, że nie rozumie. Uspokaja chłopca i pyta, co się stało.
- Lekarz dzisiaj mamie powiedział, że na jej chorobę potrzebny jest cud, a pan ma wszystkie lekarstwa. Ma pan cud ? - wyjaśnia chłopiec.
Mężczyzna chwilę się nie odzywa, wychodzi zza lady, by przykucnąć przy dziecku, po czym odzywa się do niego  głosem pełnym wzruszenia: 
- Synku... Posłuchaj mnie uważnie. Niestety, nie mam tego lekarstwa, a gdybym je nawet miał, to natychmiast dałbym Ci je za darmo. Wiem jednak, kto takie cuda ma... To Pan Jezus. Weź te pieniążki i wróć do swojej mamusi, ona cię teraz bardzo potrzebuje.
Chłopczyk podziękował, wziął swoją skarbonkę i wybiegł z apteki. Po kilku minutach dociera do kościoła, gdzie odszukuje duży krzyż z Panem Jezusem. Staje, podnosi głowę i tym razem zwraca się do Niego:
- Panie Jezu, aptekarz mówi, że masz cuda.... Ja mam tu moje pieniądze. Rowerek może poczekać, ale moja mama płacze z bólu i nie może czekać. Daj mi ten cud. Proszę.
Chłopczyk czeka kilka minut na odpowiedź Pana Jezusa, ale Pan Jezus milczy i się nie rusza.
- Panie Jezu, jak tych pieniędzy jest tam za mało, to obiecuję Ci, że jak dasz mi cud, to pomogę Ci zejść z tego krzyża.
Mija kilka chwil milczenia i chłopczyk traci cierpliwość.
- Moja mam teraz cierpi w domu. Kocham ją, a TY nie ?! Nie pamiętasz jej ? Ona tu często przychodzi ! Jak mi nie dasz cudu, to zacznę zaraz tu płakać z Najświętszą Panienką !
Nagle otwierają się drzwi od zakrystii, z której wychodzi spłoszony kapłan. 
- Co tu się dzieje, dlaczego tak krzyczysz chłopczyku ? - dopytuje. - Mów ciszej.
Kuca przy chłopcu i dowiaduje się o całej sytuacji. Prosi chłopca, aby razem poszli do jego mamy. Trzymając go więc za rękę i pocieszając, idą powoli do domu.Wchodzą po schodach, chłopczyk otwiera drzwi, i idzie prosto do łóżka, gdzie leży mama.
Chłopiec jednak nie zastaje tam mamy. Łóżko jest pościelone, więc wybiega na korytarz. Z niedowierzaniem otwiera szeroko oczy. Mama wychodzi z kuchni, podbiega do synka i przytula go czule całując.
- Nie uwierzysz, kochanie - relacjonuje kobieta. -  Przed chwilą tu był jakiś lekarz i dał mi najnowsze lekarstwo na moją chorobę. Połknęłam je i czuję się całkowicie, ale to całkowicie  zdrowa. Kocham Cię bardzo.
Ksiądz tak słucha jej słó stojąc w tych drzwiach i łapie się za głowę.
- Jezus nas wyprzedził, chłopcze - stwierdza.

Św. Charbel

Ta zaskakująca historia miała miejsce w Libanie. Chora na raka, przybywa z Australii do Libanu, do św. Charbela. Przylatuje tu z synem, pełna nadziei na uzdrowienie ze swojej śmiertelnej choroby.
W końcu dojeżdżąją na miejsce. Wychodzą z samochodu,  i podążają w kierunku sanktuarium. Dzrwi kościoła okazują sie być zamknięte. Wokół nie widać ani jednej żywej duszy... W ich serca wstępuje wielkie rozczarowanie.
Nie wiedząc, co dalej robić, wracają do auta. Jednocześnie kątem oka kobieta dostrzega przechodzącego nagle tuż obok nich kapłana. Podchodzi do niego i pyta się, czy i kiedy kościół będzie otwarty. Człowiek ten słucha jej uważnie... Widać wyraźnie, że chce im jakoś pomóc.
Podczas rozmowy matka przedstawia swoją ciężką sytuację, żali się  na swój los... i z lekką rezygnacją w głosie, prosi tegoż kapłan o błogosławieństwo. Dodatkowo prosi syna, aby na pamiątkę zrobił im wspólne zdjęcie.
Ksiądz nie ma nic przeciwko wspólnej fotografii. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego... Amen - odpowiedziała kobieta. Następuje mila wymiana uśmiechów i pożegnanie. Matka z synek wsiadają do samochodu i odjeżdżają do hotelu.
Przy popołudnowej herbacie, zaczynają przeglądać zdjęcia z dzisiejszego wypadku. Nagle matkę ogarnia dziwne uczucie... Skąd ja go znam ? Nagle doznaje olśnienia ! Ten kapłan jest podobny do Świętego Charbela !
Po ich powrocie do Australii, badania wykazują, że w ogranizmie kobiety nie ma już żadnego nowotworu....

Ubodzy w duchu
"Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie." (Mt 5, 3) - czytamy w Ewangelii słowa Pana Jezusa. 
Bezsilność Matki, która poruszyła cały świat, by uratować swoją córkę przed tragicznym losem nierządu i utraty życia, ukazała całe jej ubóstwo duchowe, ktorego nie była świadoma aż do chwili, gdy nie znalazła sie przed Najświętszym Sakramentem.
Maleńki chłopiec bezgranicznie kochający swoją ciężko chorą Mamę gotów był poświęcić dla niej nie tylko marzenie o nowym rowerku i świnkę-skarbonkę, ale ofiarowuje Pan Jezusowi całą swoją wiarę w to, że to On i tylko On może dokonać cudu uzdrowienia jego Mamy. Wiarę, całkowite zaufanie, w których nie ma kszty zwątpienia i niepewności. Wystarczył krzyk rozpaczy zaadresowany do Właściwej Osoby.
Nieplanowany splot dziwnych wydarzeń z zamkniętym kościołem w roli głównej oraz daleka podróż z Australii, którą należy rozumieć jako postawienie wszystkiego na jedna kartę. Chora na raka kobieta trafiła na Św. Charbela dlatego, że znalazła się "pod ścianą", a jego wstawiennictwo u Pana Boga było dla niej szansą na cud. Ostatnia szansą.
Gdy po ludzku trafiamy na ścianę, nie istnieją żadne ziemskie sposoby, które mogłyby zmienić naszą trudną sytuację, z pomocą przychodzi On. Pan Jezus. Pojawia się niespodziewanie, niemniej zawsze wtedy, gdy zostaje zaproszony do ludzkiego serca przepełnionego bezwzględną, dziecięcą ufnością. Jakkolwiek określenie "ubóstwo ducha" rozpatrywane kategoriami ziemskimi może kojarzyć nam się źle kojarzyć, to w świecie duchowym, gdzie "pierwsze skrzypce" gra Pan Jezus, nie ma większego bogactwa...