Wesprzyj fundację
0
0

Dziś mamy aniołka w niebie

Dziś mamy aniołka w niebie

Dziś mamy aniołka w niebie

W styczniu 2018 r. obudziło się we mnie kolejny instynkt macierzyński, bardzo zapragnęłam zostać kolejny raz mamą. Powiedziałam o tym mężowi, on na początku nie bardzo był chętny bo przecież już dwójka dzieci jest dziewczynka i chłopiec, czyli parka. Wszystko jest poukładane, dzieci samodzielne itp. Ale długo nie musiałam czekać, żeby mąż się zdecydował. 

 

Od lutego zaczęliśmy się starać o dzidziusia miesiąc w miesiąc ciąży nie było. Było to dla mnie bardzo dziwne ponieważ przy wcześniejszych ciążach pojawiały się od razu. W maju 2018 r. aż się popłakałam, że dalej nie ma. Na co mąż mi powiedział „jak nie w tym miesiącu to będzie w przyszłym…” i tak tez się stało. W czerwcu 2018 r. dowiedzieliśmy się że jestem w ciąży. Radość niesamowita. Będziemy mieć trzecie dziecko. Upragnione, wyczekiwane dziecko. Od samego początku czułam, że będzie to dziewczynka. Nie mogliśmy nacieszyć się tą wiadomością. Po pierwszej wizycie u lekarza i potwierdzeniu przez niego powiedzieliśmy dzieciom, że będą mieli siostrę albo brata. Wielka radość. Badania wszystkie  w normie, wszystko w najlepszym porządku. Zaczął się czas oczekiwania i planowania jak to będzie. 

 

Miałam regularne wizyty u lekarza prowadzącego ciąże. Nic nie wskazywało na to, że będzie coś nie tak. Pierwsze badania prenatalne nie wskazywały żadnych nieprawidłowości dziecka. Lekarz powiedział na ten moment jest wszystko w porządku. Tymi słowami nas uspokoił, że jest dobrze. Dla mnie było to potwierdzenie, że przebieg ciąży jak i dziecko będzie tak prawidłowe jak w poprzednich ciążach.

 

​Zaczął się 18 tydzień ciąży rutynowa wizyta u lekarza prowadzącego, wtedy na badaniu USG lekarka bardzo długo mnie badała. Na moje pytanie czy wszystko jest w porządku odpowiedziała, że jest coś nie tak z kończynami dziecka są one za krótkie jak na ten tydzień ciąży. Od razu skierowała nas na badania prenatalne do Rudy Śląskiej do Centrum Medycyny Prenatalnej GENOM. Pojechaliśmy tam z mężem na badania. Wtedy usłyszeliśmy na podstawie USG diagnozę, że nasze dziecko ma wadę genetyczną dysplazję kości jest to wada letalna. Na moje pytanie co to znaczy wada letalna usłyszeliśmy, że dzieci z takimi wadami umierają zaraz po porodzie, a zdarza się tez tak że w tracie trwania ciąży. Były to dla nas najgorsze słowa jakie mogliśmy usłyszeć. W pewnym sensie świat nam się zawalił. 

 

Zaproponowali mi od razu amniopunkcję, żeby dać wody płodowe do badania. W tym momencie byłam gotowa na każde badanie byle tylko usłyszeć, że dziecko będzie żyło i wyjdzie z tej choroby. Od razu mieliśmy wizytę u genetyka, który przedstawił nam genezę tej wady genetycznej oraz poinformował nas o możliwości poddania się terminacji ciąży. Przedstawiła nam Pani doktor, że prawnie ustawa nam zezwala na podjęcie decyzji o aborcji, ale nam się zaraz nasunęło się pytanie a co z naszą wiarą …….. Takiego przebiegu sytuacji się nie spodziewaliśmy. Ja od razu powiedziałam, że nie usunę tej ciąży nie zadając sobie sprawy z dalszego przebiegu co może się wydarzyć. Jednak Pani doktor powiedziała, żebyśmy przemyśleli tą decyzję, ponieważ dla mnie może być w późniejszym czasie trudno pogodzić się z tą sytuacją. Myślę, że lekarze nie mają często świadomości jakie ich słowa mają znaczenie dla przyszłejmamy i jej przyszłego życia.

 

​W czasie powrotu do domu zatrzymaliśmy się na parkingu i Darek zadzwonił do zaprzyjaźnionego naszego księdza z pytaniem co my mamy robić. Opowiedzieliśmy mu całą historię, aż do momentu wyjścia z tą informacją o aborcji. Byliśmy przerażeni tą całą sytuacją. Potrzebowaliśmy wtedy osoby, która nas poprowadzi na właściwą drogę i wskaże nam najlepszy kierunek. Ksiądz Paweł przedstawił nam jak to wygląda od strony naszej wiary i kościoła. I jak dziś pamiętam jak zadał nam pytanie czy ta ciąża zagraża mojemu życiu. Usłyszał od nas, że nie zagraża bo ciąża jest prawidłowa tylko dziecko ma wadę genetyczną. Powiedział żeby trzymać ciążę ile się da ile mój organizm na to pozwoli. Żeby później godnie pochować nasze dziecko i mieć miejsce do którego zawsze będziemy mogli przyjść i się modlić. W ten sam dzień ks. Paweł umówił nas na wizytę do Hospicjum Perinatalnego Świetlikowo w Tychach.

 

Po Jego słowach i rozmowie wiedzieliśmy jaką drogą iść. Dał nam nadzieję, że wszystko potoczy się wolą Boga, a zarazem w tej trudnej sytuacji nie zostaniemy sami. Od razu zostały uruchomione w naszej parafii wszystkie wspólnoty, które za nas się modliły. Na każdej mszy modliliśmy się o „Cud Bożego Narodzenia”, wiele miesięcy trwaliśmy w modlitwie za mnie i naszą Maję.

 

​Długo na wizytę w hospicjum nie czekaliśmy od postawienia diagnozy do pierwszego spotkania minęło zaledwie 3 dni. Były to 3 dni płaczu, smutku zadawaniu sobie wielu pytań dlaczego?, dlaczego to nas spotkało?, jak to będzie? itp. Po pierwszej wizycie na niektóre z tych pytań umieliśmy sobie odpowiedzieć. Dowiedzieliśmy się więcej o chorobie naszego dziecka, jaką pomoc hospicjum nam oferuje. Jak możemy przygotować się do śmierci dziecka, jak godnie pochować dziecko itp. Od razu zostaliśmy objęci pomocą psychologa. Jest to niezwykle ważne w czasie trwania ciąży. Psycholog naprowadził nas jak przekazać starszym dzieciom, że ich siostra lub brat umrze. Dał nam rożne wskazówki jak możemy im pomoc przejść ten trudny dla nich czas. Od strony genetyka dostaliśmy możliwość przeprowadzenia dodatkowych badań potwierdzających dokładnie jaka to jest dysplazja kości. I jaka jest płeć dziecka. Wiedzieliśmy, że osoby z hospicjum perinatalnego bardzo nam się przysłużą. Mogłam zmienić lekarza ginekologa hospicyjnego co też to uczyniłam. Wspaniała Pani doktor, która mimo wad Maji zawsze czule wypowiadała się o niej. Ogólnie zostałam pod opieką wszystkich lekarzy z różnych dziedzin, którzy współpracują z hospicjum perinatalnym. Za co jesteśmy im bardzo wdzięczni.

 

Ciąża przebiegała prawidłowo, każda wizyta dawała mi nadzieję, że dowiemy się, że choroba nie postępuje, a jeszcze inaczej mówiąc, że się cofa. Niestety było odwrotnie. Po wizytach był płacz, zwątpienie, smutek. Ale zaraz po tych dołujących emocjach było uczucie tak ma być, będzie wszystko dobrze. To czemuś służy. Czułam nad sobą ochronę. Nawet na pogrzebie Maji ks. Paweł powiedział, że zostaliśmy ochronieni płaszczem Maryji. Miałam wrażenie, że niczego się nie boje co będzie dalej. Czułam w sobie spokój i pogodzenie się z tym co ma się wydarzyć.

 

Z tygodnia na tydzień miałam coraz to więcej wód płodowych co skutkowało, że musiałam przejść cztery amnioredukcję, aby jak najdłużej trzymać ciąże i żeby nie zagrażało to mojemu życiu. Bo przecież dwójka dzieci cały czas na mnie w domu czekała. Za każdym razem kiedy jechałam do szpitala do Katowic na amnioredukcję czułam się bezpieczna, mimo że bardzo boję się igieł czułam, że to pomoże naszej Maji być z nami jak najdłużej. Wiedziałam, że lekarze zrobią wszystko co w ich mocy. Każdy dzień z nią był dla nas pięknym darem od Boga.

19 stycznia 2019 r. o godzinie 15.15 urodziła się Maja. Często w czasie trwania ciąży słyszeliśmy, że może zdarzyćsię tak, że nie podejmie życiowych funkcji. Gdzie nam na tym zależało, bardzo chcieliśmy ją ochrzcić. I tak też się stało Maja zrobiła nam ogromny prezent zaraz po urodzeniu zaczęła płakać sama, ruszała rączkami i nóżkami. Wcześniej mieliśmy już umówionego kapelana szpitalnego, żeby tylko jak będzie odpowiedni moment mógł wejść na porodówkę i ochrzcić Maję. Nasza radość, a zarazem smutek trwały 2 godziny tyle Maja żyła. Były to najdłuższe, piękne 2 godziny. Mieliśmy ten czas tylko dla siebie z mężem i z Mają, żeby nacieszyć się nią, poprzytulać, a później pożegnać.

Otulona w rożek i przytulona do mnie …… „zasnęła”. 

 

Odmawiając regularnie dzień po dniu, w różnych miejscach i okolicznościach różaniec, wierzyłam, że ma to sens. Za każdym razem powtarzałam: "Boże! Nie moja, a Twoja wola niech się stanie", „Jezu ufam Tobie”. Wtedy wszystko stawało się takie proste i zrozumiałe.

 

Podobno czas leczy rany, Maja zawsze będzie w naszych sercach i pewnie jeszcze niejedna łza pojawi się w naszych oczach. Mam nadzieję, że po śmierci zrozumiemy dlaczego tak się działo. Chrystus w Ewangelii powiedział przecież „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Nie przeszkadzajcie im. Do takich bowiem należy Królestwo Niebieskie”.

 

Bardzo ważne jest też to, że miałam przy sobie bliskie mi osoby męża, który mnie wspierał i był zawsze, kiedy tego potrzebowałam. Dzieci, które dawały mi otuchy. I szereg osób z bliskiej i dalszej rodziny oraz wiele osób, które modliły się za nas i wspierały w tej decyzji. Za co bardzo im dziękuję.

 

Na zakończenie chciałabym jeszcze podziękować wszystkim Mamą, które nie decydują się na zabicie swojego nienarodzonego dziecka, tylko podejmują bardzo trudną decyzję i walkę urodzenia go. Często zdarza się też tak, że osoby, które nas otaczają rodzina, przyjaciele, znajomi bardzo często piętnują takie matki. Nie jest wtedy łatwy czas do oswojenia się z sytuacją. Ale wierzę, że Pan Bóg doceni ich czyn. Przecież przez dziewięć miesięcy ofiarowywały dziecku siebie, znosiły wszelkie trudy ciąży po to, żeby potem znosić w samotności ból rozstania. 

 

Dziś mamy aniołka w niebie, który wstawia się za moją rodziną.

Dziękuję…